kourin blog

Twój nowy blog

05/01/2010

2 komentarzy

No to się porobiło.

Od ostatniej notki mineło względnie niewiele czasu, ale subiektywnie na to patrząc to była wieczność. Grudzień był miesiącem tak pojebanym, pod wieloma względami, że nie wiem od czego zacząć. Wiem za to, na czym skończyć, więc pomęczę czytelników sprawami mniej istotnymi, i dopiero na koniec wytoczę ciężkie działa.

Uczelnia – do przodu. Przez święta postanowiłam ponadrabiać zaległości lub też aktualne korekty, i w większości przypadków udało mi się. Nadciągającą sesję przyjmuję ze stoickim spokojem, bo wiem, że z niczym nie będę miała zasadniczych problemów. Może trzeba będzie się nieco spiąć z fotografią, ale tylko jedna spina na całą sesję uważam za luksus nieprzeciętny. Potem ferie, trochę drugiego semestru i WIOSNA. Nie potrafię wyartykułować swojej radości na myśl o tym, że już za parę miesięcy nie będzie -15. Teoretycznie, bo w praktyce żadna chujnia nie jest zbyt chujowa, żeby opatrzność w życie jej wcielić nie mogła.

Rodzina – do przodu. Mój bratanek za parę tygodni skończy roczek, na czworakach zasuwa jakby mu rakietę w dupę wsadzono, i już chodzi przy asyście mebli lub rąk. Za miesiąc-dwa o tej porze zapewne będę za nim latała i łapała, gdy będzie się wywracał.

Towarzysko – na spokojnie. Ruda była na święta, to sobie połaziłyśmy po wyprzedażach (THE HORROR, THE HORROR). Katarzyna i planowanie ślubu toczy się do przodu. Na uczelni odsunęłam nieco od siebie Boro, bo po numerach Wojtkowych doszłam do wniosku, że z takimi przyjaciółmi nie potrzebuję wrogów (szczególnie, gdy mnie zaszantażowała, że ona będzie pisać niemiłe rzeczy o Wojtku tak długo, aż ja nie przestanę pisać, że Junior-Paweł-przewodnik-z-Ukrainy jest brzydki – sorry, ale nie wiedziałam, że kolegowanie się to jakaś transakcja). Za to coraz więcej czasu spędzam z Wiką, i zadziwia mnie, jak to najmłodszy osobnik na naszym roku może mieć bardziej poukładane we łbie, niż nasi o wiele starsi koledzy.

Samczo – no i oto obiecane działa! Żeby zapędom kronikarskim stało się zadość dodam, że Wojtek tydzień po moim zerwaniu kontaktów dzwonił i mnie błagał, żebym to przemyśliła, że on za mną tęskni, że nie wybaczyłby sobie, gdybyśmy zaprzepaścili taka znajomość, ale oczywiście zostańmy kolegami. Kazałam mu znowu spierdalać, tym bardziej, że zadzwonił w środku biby rodzinnej z moim jakże uroczym rodzeństwem, i mi nieco skwasił humor. Jednocześnie Katarzyna mi wciąż powtarzała, jak ja to muszę, ale to muszę poznać najlepszego przyjaciela (Jarka) jej narzeczonego (Jacka), jaki to on jest wspaniały, i jak to musimy iśc na pizzę. Podeszłam do tego odpowiednio sceptycznie – czyli na lamowo – ale dochodząc do wniosku, że nic do stracenia nie mam, poszłam z nimi na tę pizzę. We czwórkę się świetnie dogadywaliśmy, ja się śmiałam, że oni się kolegują bo mają prawie identyczne imiona (no bo Jarek i Jacek to prawie jak Flip i Flap), i ogólnie miło. Nie spodziewałam się, że coś z tego będzie, więc gdy trzy dni później Jarek zadzwonił przyznając się, że wydębił od Jacka mój numer, i czy nie jestem za to zła, to byłam mile rozczarowana. A jak to się potoczyło dalej? Powiedzmy, że od 27go grudnia były tylko trzy dni, żebyśmy się nie widzieli, łącznie z dniem, w którym to piszę. Jarek już na pierwszej randce spytał, czy mógłby „mieć zaszczyt” nazywania mnie swoją dziewczyną. Dosłownie nosi mnie na rękach, padł przede mną na kolana w Łazienkach, a gdy w Sylwestra łaziliśmy po opustoszałym Targówku to próbował mnie pocałować na każdym przejściu dla pieszych. Stopień pedaliady, jaki odstawiamy, jest maksymalny i bełtogenny. A co ja o tym myślę? Początkowo mnie to przerażało, i to hardkorowo. Powoli oswajam się z tym, trzymając jednak czujną rękę na hamulcu. Nie mniej jednak gdy wczoraj czekałam, aż on po mnie przyjdzie, bo szliśmy z moimi znajomkami z uczelni do Zachęty, to czułam w brzuchu takie typowe reisefieber. A to znak, że chyba mnie zaczyna powoli brać. Mnie, tę zimną sukę…

Nie będę udawała, że w moim życiu dzieje się cokolwiek ciekawego poza jednym. Uczelnia się kula do przodu, chociaż z powodu przedmiotów, które wymagają od nas wielogodzinnego siedzenia przed kompem (trzy przedmioty z animowania, anyone?), wciąż mam gdzieś zaległości. Nie mniej jednak jest ok; z tych przedmiotów, na które nie mam zaległości jestem nawet do przodu, a z tych, na których jestem do tyłu – daję radę z uzupełnianiem. Rodzinnie też ok, Antek rośnie w tempie porażającym, Ruda i jej nieprzyzwoity blondas dalej się kiszą w Trójmieście, i tak dalej. Nie, moje życie zostało zdominowane przez jedno – tele kurwa nowelę.

Wypadki ostatnich kilku dni przewróciły sporawy kawał mojego życia dupą do góry z dwóch powodów. Zajmiemy się najpierw samcem, czyli Wojtkiem, znanym wam już. Umawialiśmy się prawie siedem tygodni, przy czym żeby wam zilustrować jak to umawianie się wyglądało, zrobiłam coś, czego zwyczajnie nie robię, czyli zwróciłam się do Wujcia Gugla w sprawie sercowej. Po intensywnym researchingu i kompilacji wyników, które mi Wujcio wypluł po wpisaniu frazy „how to tell a guy is into you” i „how to tell a guy wants a relationship”, jestem w stanie stwierdzić, że oto jedenaście najczęściej powtarzających się motywów:

1)  Chociaż mieszka na drugim końcu miasta, to i tak odprowadza cię pod drzwi. Niezłe osiągnięcie, uwzględniając, że trasa Anin – Piaski zajmuje godzinę w jedną stronę.

2) Dzwoni bez powodu. Wojtek potrafił dzwonić z tekstem: „A nic konkretnego nie chciałem, tylko usłyszeć twój głos”. No i nawija przez godzinę. Przez komórkę. O niczym.

3) Cały czas zadaje ci pytania na temat twojego życia, chcąc się dowiedzieć jak najwięcej. Wojtek nie tylko to robił, Wojtek zapamiętywał to, co odpowiadałam. Pamięta imiona moich psów i od jak dawna mam jeża.

4) Zapamiętał w co byłam ubrana na każdej naszej randce. Nawet ja tego nie pamiętam.

5) Dokładnie pamięta co lubisz. On dobrze wie, że wole kawę od herbaty i że nie lubię pikantnych potraw.

6) Dokładnie pamięta co lubisz i sam z siebie zmienia swoje nawyki, żeby zrobić ci przyjemność. Wojtek nie cierpi pisać SMSów. Twierdzi, że są bez sensu, bo po co marnować czas, skoro można to samo załatwić w parę sekund telefonem. Ja nie cierpię rozmawiać przez telefon, bo nie. On przestawia się z trybu „głównie dzwonię – piszę tylko kiedy muszę” na tryb „głównie piszę – a do tego czasami zadzwonię”. Ja trybu nie zmieniam. On nigdy nie pisał mejli. To jest dopóki mu nie powiedziałam, że to moja druga preferowana forma komunikacji poza-osobistej, zaraz po SMSach. Wtedy zaczął.

7) Przedstawia cię swoim znajomym. Znam jego kumpli, współpracowników i współlokatora. Przedstawia cię swojej rodzinie. Znam jego brata.

8) Prawi ci komplementy. Pisał i mówił mi, między innymi, że „jestem niesamowita, zupełnie inna od innych dziewczyn”; że „nie może się mną nacieszyć” i że „zrobi wszystko co w jego mocy, żebym była szczęśliwa”. No i mówił do mnie per „piękna kobieto”.

9) Jak masz zły humor, to on robi wszystko, żeby cię rozweselić. Łącznie z dziwnymi tańcami na zatłoczonym przystanku i głupimi kawałami.

10) Dotyka cię. Dotyka, łapie za ręce, przytula, głaszcze, całuje w ręce, policzki, usta i czoło.

11) Snuje dla was wspólne plany. Wojtek: „Musimy iść na to do teatru”, „zabiorę cię kiedyś do tej knajpy”. Snuje dla was wspólne, bardziej dalekosiężne plany. Wojtek: „Jak cię już zabiorę do siebie na wioskę to poznasz resztę mojej rodziny”, „Mama cię bardzo polubi”, „Jak będę już zajebiście bogaty, to ci to wszystko kupię”.

No i co? No i gówno. We wtorek dowiedziałam się, że koszmarnie tęskni za swoją byłą narzeczoną (nie pierwszy raz o niej wspominał), a w środę, po tym, jak kupił mi czekoladę, powiedział, że jestem niesamowita, dopytywał się jak w konkretnych pracowniach (pamięta nawet nazwy moich pracowni na ASP) a potem próbował się do mnie przytulać i się ze mną całować, (a na to ostatnie nie pozwoliłam), dowiedziałam się, że ona jest dla niego ideałem kobiety, i że w jego życiu nie ma miejsca na dziewczynę. W ogóle. Na moje pytanie, czemu w takim razie męczył Karolinę o mój numer, a kiedy ona mu go w końcu dała to on się na mnie rzucił, odpowiedział, że lubi poznawać nowych ludzi. Na moje kolejne pytanie, czy zachowuje się w ten sposób wobec wszystkich nowo poznanych dziewczyn (i tutaj wypunktowałam kilka zachowań z powyżej listy, ze szczególnym naciskiem na dość intymny kontakt fizyczny), odparł słabo, że nie. Gdy spytał, czego oczekuję to powiedziałam jasno, że taki rodzaj zachowania dla mnie ma jeden cel, i to jest związek; że nie mam żadnego zamiaru tak się z nim spotykać przez kilka miesięcy, zdążyć zaangażować i coś do niego poczuć tylko po to, żeby usłyszeć od niego „ależ jesteśmy tylko kumplami”. Po jego minie poznałam, że z kolei ten scenariusz to było dokładnie to, co on miał na myśli. No więc nie mając wyboru postawiłam ultimatum – albo nasza znajomość zaczyna powoli zmierzać w kierunku zaangażowania, albo zamykamy ten kram. Wojtek w tym momencie doznał szoku, bo nie rozumiał, dlaczego nie chcę więcej się z nim widzieć. Moje tłumaczenie, że kolegowanie się z facetem, z którym wolałabym się umawiać jest toksyczne i bolesne (Artura jeszcze pamiętacie?) chyba nie do końca go przekonało, bo miał łzy w oczach gdy zbierałam się do wyjścia. Błagał, żebym chociaż na jego esemesy odpisywała, żebym chociaż jakiegoś mejla mu napisała, żebym odbierała nadal jego telefony, żebyśmy chociaż od czasu do czasu na piwko skoczyli. Nic z tego. Na jego pytanie, czy uważam go za zimnego chuja odpowiedziałam, że nie, ale uważam go za faceta, który właśnie popełnił największy błąd w swoim życiu. Wtedy się rozpłakał, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo oglądanie Bollywoodów ma wpływ na moją umiejętność ciętej riposty w sytuacjach damsko-męskich. I wyszłam.

No i co teraz? Ano nic. Wyraźnie mu powiedziałam, że kolegowanie się, nawet na najbardziej formalnych i luźnych warunkach, jest wykluczone, i że może liczyć na odzew ode mnie tylko wtedy, jeśli zmieni zdanie w kwestii miejsca dla mnie w jego życiu. Odgrażał się, że i tak będzie pisał, ale od środy się nie odezwał (a mamy piątek), więc chyba już niedługo będę mogła odetchnąć z ulgą.

I wiecie, co w tym wszystkim jest najsmutniejsze? Że ja zawsze byłam przekonana, że istnieje pewien rodzaj zachowań, które wskazują na to, że facet jest na bank, mur, beton i amen zainteresowany na bardzo, bardzo poważnie, i że to są te zachowania, które powyżej opisałam. Okazuje się, że można tak się zachowywać, a mimo to nie mieć jakichkolwiek zamiarów. Nie lubię tego robić, bo to nie leży w mojej naturze, ale poddaję się. Ostatni bastion pewności runął, nie zostało nic. Poza chujnią, rzecz jasna, bo ona jest uniwersalna, nieśmiertelna i wszechobecna.

To był pierwszy wspomniany powód wywrócenia dupą do góry. Jaki jest drugi, pytacie, i czy jest częścią tele kurwa noweli? Ano jasne. Brzmi on: Karolina. Karolina jakiś tydzień temu została zaczepiona na Fejsie przez jakiegoś swojego dawnego znajomego, który od początku zaczął ją bez ogródek wyrywać. Fajnie, fajnie. Trzy randki później on już nie jest Karolem, tylko Karolkiem, ona chce go zabierać na wszelkie imprezy i spotkania towarzyskie (nawet na babskie piwo ze swoją przyjaciółką) i nie wyobraża sobie, żeby ona gdzieś poszła bez niego, bo „on tak na nią patrzy i ona nie ma serca go zostawiać”. Nowa definicja żałości została właśnie stworzona. Ale dobra, powiedzmy, że jest zakochana, hormony, chcicy macicy i tak dalej. To nie problem. Problem jest taki, że jej nagle odjebała palma. Nagle uważa się za lepszą od wszystkich, bez krępacji wali bardzo chamskie teksty, i odwraca się przeciwko ludziom, których niedawno albo lubiła, albo którzy byli jej obojętni. A jej ulubionym celem jest Wojtek. Podczas przypadkowego spotkania z nim jest miła i spokojna, a potem pisze do mnie SMSy, że Wojtek „nie jest ani spoko, ani nawet nie można nazwać go facetem, w przeciwieństwie do Karola”; że Wojtek jest „totalną cipką”; a jej komentarz odnośnie mojego zerwania z nim stosunków brzmiał „ciesz się, kilka tygodni umawiania się z Wojtkiem to była smutna przerwa w życiu” (co zresztą napisała, w nieco innych słowach, na moim Fejsie, ku chwale chuj wie czego). Moje podejrzenia, że ma to coś wspólnego z zachowaniem Karola potwierdziły się, gdy go poznałam w środę wieczorem – koleś jest typowym przypadkiem srania powyżej swoich możliwości zarówno fizycznych, jak i intelektualnych, ze wszelkimi objawami megalomanii, a co najgorsze, do tego jest chamem. No bo jeśli ktoś przez pół wieczoru próbuje mi werbalnie dojebać i nie ma problemu z powiedzeniem, że moje zachowanie wobec Wojtka jest „małe i żałosne” (powiedział to jakieś dwie-trzy minuty od kiedy mnie pierwszy raz na oczy zobaczył), to nie widzę innego wytłumaczenia, jak chamstwo. Chociaż „horrendalne kompleksy” też mi przychodzą do głowy.

No i moi mili tak to się zrobiło. Powiem wam, że sama nie wiem, co o tym sądzić; szczęśliwie uczelnia mnie zajmuje, a poza Wojtkiem i Boro mam życie, więc nie ma tragedii. W ten weekend czeka mnie sobotnia parapetówa, a że niedzielę mam jak każdą niedzielę (kino z Katarzyną rano plus obiad rodzinny popołudniu) to mogę być nieco zjebana. No i w czwartek lecę do Londynu na koncert PRR, a piątek i sobotę spędzam z Alexem – pamiętacie Alexa? Będzie zajebiście :D

Dopisek:
Przyszło mi do głowy jedno ciekawe wydarzenie niezwiązane z tele kurwa nowelą. Czekałam miesiąc na wizytę u ginekologa, po czym dokładnie w dniu wizyty moja macica postanowiła o cztery dni za wcześnie rozpocząć comiesięczną harówę (co jest u mnie niespotykane, ja mam niemalże co do dnia 29-dniowe cykle). Efekt? Wizyta odłożona na styczeń. Moja macica mnie nienawidzi.

08/11/2010

3 komentarzy

(2010-10-25 21:18:40) Zderz
z Twojej metody pisania krótkich notek, ale częściej wyszło pisanie krótkich notek wciąż rzadko ;P

No i nie da się tego trafniej podsumować. Październik kompletnie wytrącił mnie z dupy świata, i w rezultacie dryfowałam sobie przez kosmos chuj-wie-czego przez ten miesiąc, modląc się o jakieś zbawienie. Innymi słowy, moi drodzy, prowadzenie trybu życia pt.: „przez pięć dni w tygodniu pobudka o szóstej – uczelnie od 8-21 – powrót do domu o 22:30 – spać o północy” na pewno nie jest dla osób, które lubią być przygotowane na zajęcia, mieć coś do pokazania na korektach, które muszą robić jakieś referaty i lubią jeszcze od czasu do czasu mieć życie towarzystkie. Long story short: pierdolnęłam to wszystko (czyt. UW) w łeb i stwierdziłam, że do idei dwóch kierunków wrócę jak zrobię licencjat na ASP. I tak to się toczy.

Z rzeczy ciekawszych, od m/w miesiąca pałęta mi się pod nogami samiec pt.: Wojtek. Jest on barmanem, którego rok temu wyrwała Boro, i który się do niej łasił, ale którego ona ostatecznie odrzuciła bo… Bo w sumie nie wiem dlaczego. Z tego, co zrozumiałam, jego akcje przystawiania się znudziły jej się po dwóch tygodniach, i wtedy też mu powiedziała, że moga zostać przyjaciółmi. Spotkałam go w czerwcu, gdy poszłyśmy z Boro na biforka do knajpy, w której on pracuje, i koleś przez cały czas, gdy tam byłyśmy, siedział do mnie plecami. Zajebiste pierwsze wrażenie. Ogólnie historia jest taka, że sama nie wiem, co myśleć, bo mam dwie, zupełnie różne wersje, jedna od Wojtka, druga od Boro. Oto i one:

Wersja Boro
Po tym, jak mu powiedziała w styczniu, że mogą zostać przyjaciółmi, on ją jeszcze parokrotnie pytał, czy nie zmieniła zdania. Po czerwcowym spotkaniu nie mówił nic, poza tym, że jestem całkiem niezła. Jeszcze w październiku ją pytał, czy aby na pewno nie ma u niej szans. Kilka dni potem Boro ni z tego, ni z owego daje mu mój numer.

Wersja Wojtka
Po tym, jak mu powiedziała w styczniu, że mogą zostać przyjaciółmi, Wojtek jeszcze raz ją pytał, czy nie zmieniła zdania. Gdy usłyszał, że nie, nie pytał więcej. Nie kontaktowali się przez długi czas. Po spotkaniu w czerwcu Wojtek kilkakrotnie prosił Boro o mój numer, na co Karolina odpowiadała: „Jeśli miałeś jakiekolwiek szanse u Julii, to je straciłeś”. W październiku spotykają się w knajpie Wojtka, Boro jest wstawiona, na tekst osoby trzeciej, że ona się do niego przystawia, odpowiada „on już nie ma u mnie szansy”. Wojtek zaczyna się z nią w żarcie przekomarzać, że na pewno ma, następnego dnia rano wysyła do niej na ten temat esemesa, którego Boro bierze na serio. Kilka dni później ni z tego, ni z owego daje mu mój numer.

Najgorsze jest to, że znając i Boro, i Wojtka, obie wersje są równie prawdopodobne. Moim zdaniem było tak, że Wojtek faktycznie prosił o mój numer, ale Boro nie chciała mu go dać, bo chciała go sobie „przetrzymać” jako samcze koło awaryjne. She’s done it before, ladies and gents. Po październikowym incydencie – który wierzę, że był żartem ze strony Wojtka, bo to się wpisuje w jego na maksa subtelne inaczej poczucie humoru – Boro dała mu mój numer, żeby się od niej jednak odczepił. A żeby było JESZCZE śmieszniej, to Wojtek mi powiedział, że 1,5 roku temu zerwał ze swoją jak-najbardziej-na-serio narzeczoną, i że przez ten czas nie szukał związku i źle myślał o dziewczynach. Jak w takim razie wpisuje się w to jego „epizod” z Boro, który, jeśli jej wierzyć, był jak najbardziej na serio?

Tele kurwa nowela.

Poza tym jest wesoło. Koleżanka z podstawówki się zaręczyła i zaprosiła mnie na swoje wesele. Ruda i Wojtek (zbieżność samczych imion przypadkowa, ale i tak mnie bawi niemiłosiernie) ostatni rok kiblują w Trójmieście, i miejmy nadzieję, że zrobią te swoje magisterki i wrócą do Wawy tak jak planują, bo nudzi mnie trwająca już piąty rok separacja z Rudą. Mój bratanek rośnie w niesłychanym tempie, i gdy zdałam sobie sprawę z tego, że niedługo będzie miał rok, to mnie zatkało. Przecież jeszcze nie tak dawno temu robiłam przyjęcie na swoje 24 urodziny…

23/09/2010

1 komentarz

Zacznę od tego, że na integrację nie pojechałam. Czemu? PKP + korki = spóźniona lama. Po prostu. Moja poły-protestancka dusza twierdzi, że najwyraźniej tak miało być, więc oddaję się tymczasowo w ręce predestynacji, dopóki okoliczności nie zmuszą mnie do tupnięcia nóżką i krzyknięcia, że to ja decyduję o własnym losie.

No, ale zajmijmy się tematem samczym, bo z tego co zauważyłam jakoś mało o tym piszę. Po porażce z Piotrkiem (przypominam: szwajcarski doktorat) polegającej na tym, że on się więcej do mnie nie odezwał, więc i ja się do niego nie dobijałam, przyszła kolej na Maćka, o którym już wspominałam. Znajomość – jeśli można to tak nazwać – na razie wygląda tak, że byliśmy na jednej randce chyba z miesiąc temu, a na drugiej w poniedziałek. On przez ten czas okazjonalnie się dobijał o spotkanie, ale albo ja byłam w Wiedniu, albo miałam inne rzeczy do roboty, albo kiedy ja mogłam, to on nie mógł. Drugie spotkanie było dla mnie dość dziwne, bo dostawałam na zmianę od niego sygnały skrajnego zainteresowania i lekkiego olewania; do tego w połowie wyciągnął z kieszeni… piersiówkę i mnie poczęstował łyskaczem. That, my dear friends, is a first, a uwzględniając ilość randek, na których byłam, to o czymś świadczy. Wracałam do domu z dziwnym poczuciem, że nie mam zielonego pojęcia o co chodzi i co o tym sądzić – a sami wiecie, że to niefajne uczucie – w związku z czym postanowiłam go olać. Jeśli się odezwie i będzie chciał się znów widzieć, to pomyślimy; a jeśli jest niezainteresowany lub też chce mnie przetrzymać i się nie będzie odzywał tak, jak to obecnie robi, to jego strata.

Z wieści rodzinnych to babcia miewa się dobrze. Nie jest to co prawda ta sama killer babcia, co przed tą całą aferą z sercem, ale już nie ma zagrożenia, że w każdej chwili może kipnąć, więc do przodu. Pracuje w ogródku, gotuje, sprząta i zajmuje się innym babcinym krzątaniem. Co do mojego jakże uroczego bratanka Antoniego Franciszka to ma już osiem miesięcy, jest wielki, zdrowy, bystry i taki fajny, że za każdym razem chcę go schrupać :D

Z wieści koncertowych – wszelkie bilety i rezerwację na koncert a-ha w Berlinie i koncert PRR w grudniu zostały dopięte! A skoro o PRR mowa, to niedawno miała miejsce bardzo zabawna sytuacja, mianowicie: 16go w jakimś radiu internetowym jakiś (dość chujowy) DJ puścił, bez konsultacji z zespołem, sześć dziewiczych piosenek z nowego albumu – album ma dziesięć piosenek, pojechał więc po bandzie… No, ale lama oczywiście tego słuchała, wszystko myk-myk nagrała i wrzuciła na Tuby, ku uciesze ludu. 17go rano dostaję mejla od menedżera Pjurów, że w sumie to im miło, ale to wielkie nieporozumienie i czy mogłabym zdjąć trzy z tych sześciu i jeśli będę tak miła to mi nawet w zamian podeśle nowe, nikomu nie pokazywane zdjęcia z ciepłej jeszcze sesji. Nie wiem, czy taktyka na prośba i kajanie się to standard w dzisiejszych podręcznikach do PRu, ale zrobiłam o co prosił, zdjęcia dostałam, po czym owe zdjęte klipy wgrałam incognito gdzie indziej, żeby się dzielić już tylko z osobami wtajemniczonymi. I tak się to kręci.

Szczerze mówiąc cieszę się, że już zaraz koniec wakacji. Trzy miesiące opierdalania się to dla mnie za długo, nawet, gdy to opierdalanie jest przerywane wyjazdami. 29go czeka mnie jeszcze inauguracja roku akademickiego na wydziale i wręczenie indeksu przez Rektora na UW, bo okazało się, że mam najlepszy wynik ze wszystkich przyjętych w tym roku na dziennikarstwo. Jednak czasami opłaca się mieć starą maturę.

Day 6 – A Song That Reminds You of Somewhere
Tutaj mam taki problem, że szo-ken. Ogromna ilość miejsc kojarzy mi się z jakąś piosenką, i nie jestem w stanie stwierdzić, na jakiej podstawie te skojarzenia mają miejsce. O ile rozumiem, na przykład, koncert, albo spotkanie z współfanem, o tyle mnie bardzo często piosenki kojarzą się z miejscami na zasadzie totalnego przypadku, bo akurat tego słuchałam gdy po raz enty tamtędy przejeżdżałam, albo wtedy często słuchałam tej płyty. I tak album „The Dark Third” Pjurów kojarzy mi się z trasą z naszego drugiego londyńskiego mieszkania na uczelnię, pokonywaną autobusem linii 263; album „In Ghost Colours” Cut Copy kojarzy mi się z Trasą Łazienkowską; „Saturdays = Youth” M83 kojarzy mi się z Placem Konstytucji; piosenka „Electric Eye” Apparatjik kojarzy mi się z Mostem Poniatowskiego przy Stadionie; natomiast niektóre piosenki z „Marbles” Marillionów kojarzą mi się z Pałacem Kultury od strony Emilii Plater. W związku z tym wybiorę, z tych dość specyficznych skojarzeń, piosenkę kojarzącą mi się bez powodu z wiaduktem na North Circular przy Staples Corner w północnym Londynie. Bo mogę: IAMX – After Every Party I Die

The 30 Day Song Challenge
Day 1 – Your Favourite Song: Mew – The Zookeeper’s Boy
Day 2 – Your Least Favourite Song: Rihanna – Umbrella
Day 3 – A Song That Makes you Happy: Sondre Lerche – Two Way Monologue
Day 4 – A Song That Makes You Sad: a-ha – Mary Ellen Makes The Moment Count
Day 5 – A Song That Reminds You of Someone: Porcupine Tree – Drown With Me
Day 6 – A Song That Reminds You of Somewhere: IAMX – After Every Party I Die

15/09/2010

1 komentarz

No i jesteśmy w drugiej połowie września. Porażka, tak naprawdę, bo czas zaczął mi lecieć zdecydowanie za szybko. W sumie, jakby się zastanowić, to powiedzenie, że im człowiek jest starszy, tym szybciej mu czas leci, ma w sobie sporo prawdy – no bo gdy człowiek ma pięć lat to rok to aż jedna piąta jego życia, ale gdy ma tych lat dwadzieścia pięć to to już jest tylko jedna dwudziesta piąta. Czyli, że rok dla dwudziestopięciolatka jest tym, co jakieś dwa i pół miesiąca dla pięciolatka, o ile moja zaawansowana wiedza logiczno-matematyczna się nie myli. Porażka.

Anyway! Jutro wyjeżdżam na Mazury, i chciałam napisać, że ku uciesze, ale guzik. Boję się jak jasna cholera, bo jadę na pięć nocy na Mazury z bandą ludzi, których nigdy na oczy nie widziałam – jest to obóz integracyjny z UW. Wczoraj zasnąć nie mogłam z nerwów, a dziś waga chyba specjalnie mi zaserwowała temat zastępczy, bo pokazała bez powodu o kilogram więcej, niż powinna, no i dzięki temu teraz myślę, że ten obóz to niz w porównaniu z tragedią przytycia kilograma z powietrza. Sama nie wiem, czy lepiej dostawać załamania nerwowego z powodu wagi, czy obozu. Chyba wolę wagę.

Z tym obozem zresztą jest śmieszna historia związana z Boro, bo jak jej powiedziałam, że jadę, to ona w swoim optymistycznie kochającym świat tonie orzekła, że mnie pojebało, bo na dziennikarstwo idą same debile i że spędzę cały obóz sama, bo nie znajdę żadnego normalnego towarzystwa. Cieszy mnie, że zdążyłam ją poznać na tyle, żeby się nie przejmować tym, co ona mówi; dziewczyna pojechała do Kijowa do chłopa, którego poznała na Litwie, i z którym po tygodniu się przespała bez zabezpieczeń, a który po miesiącu przyjechał do Warszawy tylko po to, żeby ją jeszcze raz przelecieć. Ona też twierdzi, że Paweł z uczelni jest idiotą i że nie warto z nim się zadawać poza niezbędnym kontaktem uczelnianym. Czuję się rozgrzeszona nie biorąc na poważnie jej rad towarzyskich.

A skoro o Pawle mowa, to chłopak mnie rozbroił totalnie. Napisałam do niego w lipcu, żebyśmy się spotkali. On mi odpisał, że odezwie się w przyszłym tygodniu; gdy przyszły tydzień minął, a ja się upomniałam, dostałam odpowiedź, że zapomniał. Odpisałam mu, żeby w takim razie się gonił i nie odpowiedziałam na jego „oj nie gniewaj się”. Miesiąc obustronnego milczenia zaowocował tym, że napisał do mnie pod koniec sierpnia na Facebooku długą wiadomość, w której się płaszczył, korzył, bił w pierś i prosił o spotkanie. Score! Spotkaliśmy się wczoraj wieczorem. Siedzieliśmy cztery godziny przy kawie i gadaliśmy, przy czym on się tak rozgadał, że przez długi czas ja tylko siedziałam, przytakiwałam i od czasu do czasu zadawałam jakies pytanie. Chłopak chyba musiał się komuś pożalić, bo takiego konsekwentnego słowotoku u samca to w życiu nie widziałam. W każdym razie marazm samczy objłą także jego, bo na samą myśl o tym, że miałabym znowu zacząć się przejmować tym, ze traktuje mnie tylko jak koleżankę, to mi się słabo robi. W sumie to dobry znak.

No i to tyle. Jutro jadę na ten obóz, a na razie muszę skończyć ogarniać pokój i spakować się. Siedzę i powtarzam w kółko, że będzie dobrze. Nauka bezwzględnego optymizmu wciąż trwa!

Day 5 – A Song That Reminds You of Someone
Alex ma na last.fm nicka „DrownWithMe”. Chyba nie muszę nic więcej mówić.

The 30 Day Song Challenge
Day 1 – Your Favourite Song: Mew – The Zookeeper’s Boy
Day 2 – Your Least Favourite Song: Rihanna – Umbrella
Day 3 – A Song That Makes you Happy: Sondre Lerche – Two Way Monologue
Day 4 – A Song That Makes You Sad: a-ha – Mary Ellen Makes The Moment Count
Day 5 – A Song That Reminds You of Someone: Porcupine Tree – Drown With Me

09/09/2010

1 komentarz

No i z Wiednia powróconam. Było, jak można się domyśleć, zajebiście! Mieszkałyśmy z Rodzicielką w hotelu przy Westbahnhof, więc byłyśmy niejako zmuszone do dużej ilości chodzenia. Co prawda w porównaniu z kilkunastoma kilosami dziennie, jakie wyrabiałyśmy z Rudą w Pradze, to Wiedeń był bardziej na luzie, ale i tak dałyśmy sobie nieźle w kość. Parę przemyśleń:

- W Wiedniu nie czuć smrodu spalin, mimo dużej ilości samochodów. Nie wiem, na czym oni tam jeżdżą ani jakie mają w autach silniki, ale o wiele częściej było czuć smród końskiego łajna od bryczek wożących turystów po starówce, niż spaliny.

- Mimo wyraźnych tendencji do imperializowania (w urbanistyce to chyba nie widziałam większej skłonności do przepychu i rozmachu) to jakoś nie śmierdzi to kompleksami. Ring, ulica okalająca starówkę, przy której stoją ministerstwa, ratusz, parlament, muzea, pałac królewski, opera, teatry i inne takie detale, została zbudowana na miejscu starych fortyfikacji, i choć jest wielka, szeroka i do bólu neoklasycystyczna, to jakoś nie tłamsi. Może to dzięki parkom i drzewom, może dzięki ilości wolnej przestrzeni, nie wiem.

- Jeśli chodzi o ułatwianie życia rowerzystom, to Wiedeń może spokojnie się mianować Amsterdamem Europy Środkowej. Takiej ilości ścieżek rowerowych nie widziałam od kiedy wyjechałam z Holandii, a także pod względem wycinania zwykłych chodników na rzecz rowerów mogą równać się z Amsterdamem.

- Tramwaje wyjeżdżają spod pachy. Słowo daję.

- Po tygodniu udało mi się wreszcie ustalić różnicę w brzmieniu niemieckiego-niemieckiego i austriackiego-niemieckiego. Przypomniało mi się kiedyś zdanie wypowiedziane przez niemieckiego znajomego na temat austriackiego akcentu – że brzmi jak najgorsze wieśniactwo – i szukałam różnicy. I już wiem. Austriacy niby mówią po niemiecku, ale robią to jakoś… Ładniej. Te „r” nie są takie ostre i gardłowe, całość sprawia wrażenie bardziej miękkiej.

No i nie zapomnijmy dodać, że mają tam w normalnych sklepach obuwniczych buty w rozmiarze 42. Wybór jest o wiele mniejszy, niż w rozmiarach 41 i mniej, ale jest, i nie trzeba iść do sklepu dla ludzi specjalnej troski, ani kupować brzydkiej tandety w Deichmannie. Just sayin’.

No i teraz czas na powolne dostrajanie się do rzeczywistości. Wczoraj, jako, że byłam półprzytomna (jechanie pociągiem nocnym nie zapewnia mi wiele snu), to zapomniałam o swoim postanowieniu i napisałam do Maćka. On odpisał niemalże od razu, pytając kiedy się widzimy, i tak stanęło na poniedziałku. W tej chwili jestem zbyt zaspana, żeby o tym sądzić cokolwiek, ale wczoraj się nawet ucieszyłam.

Day 4 – A Song That Makes You Sad
To było dość łatwo wybrać, bo choć tych piosenek jest pewnie tyle samo, co tych, które mnie rozweselają, to jedna zawsze wiedzie prym. Oto i a-ha z przemelancholijną pieśnią „Mary Ellen Makes The Moment Count”.

The 30 Day Song Challenge
Day 1 – Your Favourite Song: Mew – The Zookeeper’s Boy
Day 2 – Your Least Favourite Song: Rihanna – Umbrella
Day 3 – A Song That Makes you Happy: Sondre Lerche – Two Way Monologue
Day 4 – A Song That Makes You Sad: a-ha – Mary Ellen Makes The Moment Count

31/08/2010

4 komentarzy

Miałam widzieć się wczoraj z Maćkiem. Maćkiem, czyli panem-z-którym-się-już-czas-jakiś-spotykam-i-z-którym-cośtam-jest. Jemu jednak coś wypadło i chciał się widzieć w środę, a gdy mu powiedziałam, że wyjeżdżam w środę do Wiednia i mnie nie będzie do ósmego, on odpowiedział: „No to widzimy się po twoim powrocie”. I wtedy zdałam sobie sprawę, że gdyby on już się do mnie nie odezwał, to bym ledwo to zauważyła. Czy cierpię na cynizm związkowy? Szczerze mówiąc to mam ich dosyć. Od maja przewijają się różni panowie, a to poznani na Ukrainie, a to z uczelni, a to internetowi, a to jacyś z klubów, dużo przymiarek, a nic poważnego, i szczerze mówiąc mam tego dość. Zmęczenie materiału, poza tym wizja nadciągającego roku akademickiego utwierdza mnie w przekonaniu, że i tak nie będę miała na takie pierduły czasu. No bo gdzie znaleźć czas, jak mam zajęcia na UW od ósmej lub dziewiątej do piętnastej, a od szesnastej do dwudziestej drugiej, i tak od poniedziałku do piątku? Zostaje mi pół soboty (bo jedną połowę spędzam na ASP) i niedziela. Sobie nabrałam chyba więcej, niż będę w stanie przeżuć, ale będzie arcyciekawie. Arcy!

A wracając do tematów szerszych, to wróciłam wczoraj wieczorem do domu, włączyłam radio i zaczęło się z niego sączyć gówno. Metaforyczne, rzecz jasna, bo właśnie miałam wizję prawdziwego sączącego się z głośników i nieco to było straszne. Tak, you guessed, chodzi o obchody sierpniowe. Nie wiem, czemu Solidarność w ogóle jeszcze istnieje – to chyba to, że zrosła się tak mocno ze związkami zawodowymi, że dla wielu z nas (Poh-laków) likwidacja Solidarności byłaby równoznaczna z likwidacją związków zawodowych. A tymczasem Śniadek i cała reszta uprawiają zwykłą chuliganerię pod szyldem Solidarności – że niby to w imię wyższych ideałów – a Kaczyński i spółka podpinają się pod hasła. No ale zawsze jest coś dobrego: to, co Krzywonos zrobiła, to była epickośc w czystym wydaniu. Epickość. No, ale jak to by niektórzy powiedzieli: nie byłaś, nie znasz się, nie wypowiadaj się. Czemu więc ludzie mówią wciąż o bitwie pod Grunwaldem, to nie wiem.

No, ale ja idę się pakować, bo jak już wspomniałam – do Wiednia jadę jutro. Życzcie nam ładnej pogody, brak opóźnień pociągów i… No, w sumie to wystarczy. :P

The 30 Day Song Challenge – Day 3 – A Song That Makes you Happy
Oj, tego to jest dużo… Mogłabym wstawić jakieś oczywiste, które już wszyscy znacie, ale, że mnie łatwo jest uszczęśliwić, to wybiorę coś mniej oczywistego. A co! Sondre Lerche i „Two Way Monologue” :D

The 30 Day Song Challenge
Day 1 – Your Favourite Song: Mew – The Zookeeper’s Boy
Day 2 – Your Least Favourite Song: Rihanna – Umbrella
Day 3 – A Song That Makes you Happy: Sondre Lerche – Two Way Monologue

29/08/2010

4 komentarzy

Ostatni tydzień minął pod znakiem babci w szpitalu. O ile dla większości hasło „babcia w szpitalu” to nic dziwnego, o tyle u nas, w rodzinie, gdzie babcia i dziadek są ostatnimi do pokonania, wywołało to chaos, mętlik i zamieszanie. W skrócie poszło o to, że babcia miała wszczepionego stenta w zatkaną żyłę; w rezultacie żyła zatkała się jeszcze bardziej, a serce nie miało czego pompować. Nie muszę dodawać, że rezultatem była babcia która omdlewała z byle powodu, a to zły znak w każdym wieku. Potrzymali ją tydzień w szpitalu, stwierdzili, że musi odpoczywać i brać więcej leków, i wypisali do domu. Babcię całe przeżycie musiało nieźle wystraszyć, bo zamiast – jak zwykle – olać to, co mówią lekarze, to siedzi grzecznie w domu. Co prawda od kiedy wróciła zrobiła już przemeblowanie i pasteryzuje słoiki na zimę, ale jak na babcię to jest bardzo spokojnie.

Na polu ubraniowym misja zwężanie trwa. Jeżdżę do kuśnierza, który mi dopasowywuje moją ulubioną skórzaną kurtkę, bo po misji odchudzanie kurtka stała się dwuosobowa (co mogłoby mieć swoje plusy, ale niestety okazji brak). Przy okazji zyskałam wielbiciela w postaci kuśnierza, który gdy dzwoni do nas żeby się umówić na przymiarki to najpierw opowiada mamie, jaką to ona ma wspaniałą córkę. Ma to swoje plusy, bo zaoferował odświeżenie skóry jako gratis do przeróbki. Jestem za!

Poza tym toczy się. Jeśli miałam nadzieję, że radykalna zmiana fryzury z długich i ciemnych na krótkie i blond odwróci uwagę od mojej wagi, to się pomyliłam – teraz nie dość, że ludzie nie mogą dojśc do porządku nad schudnietą mną, to jeszcze wciąż słyszę o tym, jaka to jestem blond. Czasami czuję się, jakbym wcześniej była postrzegana jako brzydka, nieatrakcyjna klucha, a teraz nagle zdziwienie, szok, ona o siebie DBA! O mój boże, ona się maluje, ma zadbane paznokcie, myśli nad swoim ubiorem, fryzurą, jaka to nowość! Przykre, uwzględniając, ze wszystko to robię od liceum. No ale cóż począć.

No i samczo – spotykam się obecnie z pewnym Maćkiem, ale po porażce wakacyjnej z Piotrkiem (w skrócie: poznanie – zainteresowanie – zauroczenie – o, przepraszam, wyjeżdżam 1go września do Szwajcarii robić doktorat – próby podtrzymania znajomości – on ostatecznie przestaje się odzywać) nie robię sobie nadziei. A co do eks-samców to Paweł (ten ode mnie z roku) napisał do mnie wiadomośc na Fejsie, w której przepraszał za to, że nie miał przez wakacje dla mnie czasu, i że ma nadzieję, że nie jestem na niego zła (bo się miesiąc nie odzywałam) i że zaprasza mnie na piwo i w ogóle. Czyli może, może, wreszcie zaczynam troszeczkę rozumieć ich logikę.

The 30 Day Song Challenge – Day 2 – Your Least Favourite Song
Nie musiałam długo się nad tym zastanawiać: „Umbrella” Rihanny jest uosobieniem wszystkiego, co mnie wkurwia w przemyśle muzycznym: ciziowate dziewczątko epatujące tanim seksem, rapujący koleś, tekst na poziomie przedszkola (dosłownie – najwyraźniej refren składający się z jednego słowa okazał się za trudny dla targetu, więc skrócili do tylko jednej sylaby) i warstwa melodyczna uproszczona do maksimum, żeby ludzie się przypadkiem nie zmęczyli słuchając. Przykre, przykre i jeszcze raz przykre.

The 30 Day Song Challenge
Day 1 – Your Favourite Song: Mew – The Zookeeper’s Boy
Day 2 – Your Least Favourite Song: Rihanna – Umbrella

Przyznaję bez bicia – nie mam pomysłu na to, jak dalej prowadzić tego bloga.

Notki rzadkie, ale długie i treściwe kompletnie nie bawią mnie już. Pisanie ich jest dla mnie męczącą rutyną, a przecież to nie o to kurna chodzi. W związku z powyższym próbuję dokonać rewolucji blogowej, czyli pisać krócej, ale częściej.

Co w skrócie dzieje się w moim życiu? Ano dużo dziwnego, a jednocześnie dużo niczego. Mam wakacje, a studenckie wakacje mają to do siebie, że rzadko kiedy mają jakąkolwiek formę, poza taką rozlaną i nieokreśloną. Z jednej strony wyjazdy sypią się gęsto, ale są to wyjazdy najczęściej krótkie, więc dużo siedzę w Warszawie. Od początku wakacji byłam przez dwa tygodnie na Helu z Boro (przy czym mówiąc „na Helu” mam na myśli „na Helu”, a nie „w Chałupach/Jastarni/Juracie/Kuźnicach”), potem przez tydzień z Rudą w Pradze. 1go wieczorem wyjeżdżam do Wiednia z Rodzicielką, a obecnie spędzam czas radośnie opierdalając się i wydając ogromne ilości pieniędzy na ubrania. Bo, jak chyba wszyscy wiecie, moja misja gubienia wagi dobiła do końca, i teraz, gdy mieszczę się w ubrania 36-42 (musicie przyznać, że ten zakres doskonale odzwierciedla oderwanie producentów ubrań od rzeczywistości i siebie nawzajem), to uzależniłam się od zakupów. To straszne, ale i miłe. Szkoda, że przy okazji stopy mi nie zmalały do 41, ale cóż począć.

Na froncie samczym komedia za komedią. Powiem tylko, że od czerwca: kolega z roku po pijaku wyznał, że mnie uwielbia, a tydzień później wszystkiemu zaprzeczył; poznany przez Cafe.pl młodszy klon mojego ojca (nawet na imię mają tak samo), zdążył mnie mocno zauroczyć, po czym przypomniał sobie, że w sumie to 1go września wyjeżdża robić doktorat do Szwajcarii. Do tego od kiedy schudłam to jestem obiektem codziennych zaczepek na ulicy, co mnie wkurwia do bólu. Na szczęście bozia wymyśliła słuchawki.

Jako, że to wakacje, to uczelnianych newsów brak, poza tym, że dostałam się na dzienne dziennikarstwo na UW, więc od października będę ciągnąć dwa kierunki. Tak, nudzi mi się w życiu.

No i tyle. Zobaczymy, co z tej zmiany formatu wyjdzie; na razie uwzględniając długość tej notki to chyba część związaną z małą objętością mam opanowaną. No i plan jest taki, że ponieważ będę robić to często, to będę mogła w nieco większym szczególe opisywać sprawy, bo to, co macie powyżej, to piguła niesamowita.

No i na koniec, żeby mnie zmotywować, podjęłam krążący po blogach i Fejsie meme pt.: 30 Day Song Challenge. Z tym, że to nie będzie 30 Day, tylko pewnie raczej 30 Week, ale grunt to elastyczność.

The 30 Day Song Challenge – Day 1 – Your Favourite Song
Od kilku tygodni bezapelacyjnie wygrywają Mew z prześliczną pieśnią „The Zookeeper’s Boy”.

Dialog o dziesiątej rano w niedzielę wielkanocną:
Rodziciel: No to co, jemy śniadanko wielkanocne?
Rodzicielka: Nie.
Rodziciel: No to… Może kiełbaskę świąteczną?
Rodzicielka: Nie.
Rodziciel: A… A mogę zrobić twarożek?
Rodzicielka: Możesz.

Jako, że rozpoczęłam nutą wielkanocną, wszyscy domyślają się już, że notka będzie kwietniowa. Napisałabym coś o marcu, ale miał on dwie wady – po pierwsze dopadła mnie, niemalże z zegarmistrzowską precyzją, moja copółroczna Depresja z Chuj Powodu (listopad i marzec, co roku, bezbłędnie); po drugie nie pamiętam, co się w marcu działo, a że przestałam zapisywać terminy, spotkania i daty w kalendarzyku (bo lepiej pamiętam co mam robić gdy trzymam to w głowie aniżeli na papierze), to nie mam nawet ściągawki. W związku z powyższym notka będzie o kwietniu, a jeśli coś mi się przypomni z marca co uznam za dośc ciekawe, to dorzucę jako freebie.  

11:52pm Sam hi llama
11:52pm Julia yoyo
11:52pm Sam sup, fuzzbag?
11:53pm Julia stuff
busy with uni
had my heart broken
the usual
you?
11:53pm Sam same
well, more dropped and scuffed than broken
but w/e
basically the same
11:53pm Julia yeah
11:54pm Sam why can’t things work >:C
11:55pm Julia because then mankind would have never evolved
or maybe it’s ultimate proof that there is a god, he just has a sick sense of humour

Tak tak, w departamencie samczym same uciechy natury sadystycznej. Szkoda, że moja strona masochistyczna ma bardziej wysublimowany gust i nie czerpie z tego żadnych przyjemności – przynajmniej jakiś pożytek z tego wszystkiego by był.

(23:45:38) Llama hahaha, Google jednak jest stworzony przez facetów
(23:45:57) Sebastian ?
(23:45:57) Llama wpisujesz w wyszukiwarkę obrazów „naked woman” i wyskakuje: „Did you mean: naked women”?

No dobra, my tu o dupach i cyckach, a większość kwietnia narób spędził w żałobie. Nie będę ostentacyjnie udawała, że temat nie istnieje, ale nie będę też wyciągała całych moich (jakże zasobnych) pokładów pseudointeligencji żeby wycisnąć z siebie komentarz wyważony, przeintelektualizowany i silący się na dystans i racjonalność. Nie będę opowiadała tonem wyższości moralnej o instynktach stadnych, żałobie jako formie masturbacji religijnej ani kreowaniu Lecha Kaczyńskiego na bohatera. Jak dla mnie obie strony są po prostu żałosne. Żałosne. A najgorsze dno, muł i pokłady iłów to ludzie wyskakujący z tekstami typu „gdy żył to się z niego nabijaliście, a gdy zginął to nagle go szanujecie”. No kurwa mać, jakim trzeba być jednotorowym półmózgiem żeby z czymś takim wyskoczyć? To co, mamy nagle przestać się śmiać z siebie nawzajem bo NIE DAJ BOŻE zginiemy w katastrofie i wtedy nie wolno nam będzie zasmucić się, że druga osoba nie żyje? Mamy nie krytykować osób publicznych bo istnieje marginalna szansa że tragicznie zginą i wtedy nie będziemy mieli PRAWA MORALNEGO oddać im hołdu? I to, moi drodzy, jest dla mnie największym rakiem i syfem, który zżerał żałobę od środka, większym nawet od moherów, które na osiedlu, gdzie mieszkała kiedyś Jolanta Szymanek-Deresz, a obecnie mieszka jej córka, zerwały nekrolog posłanki SLD w dniu jej pogrzebu, bo ona była z SLD, a to same komuchy, czerwoni i esbeki. Żeby zakończyć ten jakże przykry temat, na rozweselenie, cytat spisany przeze mnie z mojego ulubionego radia, czyli Radia Maryja.

Czyż nie mówił sługa boży Jan Paweł II, że Bóg operuje znakami? Papież umarł w przededniu Łaski Pańskiej, tego dni też rozbił się samolot w Smoleńsku. W rocznicę zbrodni katyńskiej. To znak! Bóg nie zna przypadku! Jeżeli nie podejmiemy krzyża chrystusowego to dalej będą ginąć nasze dzieci, nasi żołnierze, dobrzy Polacy. W Biblii napisane jest: „Kto nie nawróci się, ten zginie taką śmiercią”. Bóg wezwał do siebie swoje dzieci by nam dać znak: nawróćcie się, albo i wy zginiecie.

Warszawa zamienia się w kebabiarnię. Nie, wyjątkowo nie przesadzam, i nie żartuję. Jeśli myślałam, że przechadzając się Złotą – skądinąd mało uczęszczaną, głównie parkingową i w pytę brzydką uliczką – miałam problem widzą kebaba na kebabiepopitego punktem z automatami, to to, co parę tygodni temu stało się w Alejach Jerozolimskich mnie przerosło. Zaczęło się niewinnie, na Kruczej, naprzeciw Smyka. Ktokolwiek mieszka w Warszawie dłużej, niż przeciętny napływ, wie, że tam kiedyś był wielgachny Dunkin’ Donuts, potem podróbkowa donaciarnia i pare innych biznesów kawiarnianych. Kilka miesięcy temu ustalił się tam kebab, a że obecnie cała kamienica jest remontowana, to nie wiem, czy nadal tam jest (niestety doświadczenie uczy, że kebaby nie tak łatwo wyplenić). A parę tygodni temu w Alejach otwarto wielki, chamski, piętrowy KEBAB KING. Dla niezaznajomionych z warszawską topografią to pewnie nic nie znaczy, więc podpowiadam: Aleje krzyżują się z Kruczą; kebab na Kruczej jest trzy kamienice od skrzyżowania, kebab w Alejach to druga kamienica od skrzyżowania. Dwie wielkie kebabiarnie, niemalże sąsiadujące ze sobą. Niedobrze mi.

Chęć i zapał do spotkania się ze mną w wykonaniu mojego brata ciotecznego:
Llama 26/04/2010 15:22 Zią, ja nie mogę się spotkać o 18tej, bo dopiero wtedy nam studio otwierają – może być 20ta?
Tomek 26/04/2010 15:26 Odpada niestety. Może wcześniej, np. na 16?
Llama 26/04/2010 15:29 Mam masę spraw do załatwienia, więc jeśli nie przeszkadza ci łażenie po poczcie, banku i sklepach, to może być.
Tomek 26/04/2010 15:02 Wolałbym siąść. No nic, w takim razie inną razą.

Na uczelni rzeczy toczą się swoim zwyczajowym tempem – czyli jak kwadratowe koła po kocich łbach. Mamy na zmianę za dużo luzu z zbyt wielkim spęciem, więc trudno jest ustawić jakąś rutynę lub wbić się w jakiś tok działania, bo jak tylko się rozpędzisz to się okazuje, że w sumie nic nie masz do roboty – a jak tylko się rozleniwisz, to znowu masz pracy jak lodu. Teoretycznie powinnam się stresować sesją, ale jakoś nie umiem się tym przejąć. Wszystkie praktyczne przedmioty mam albo do przodu, albo w sam raz, a że mamy czas do końca maja to będzie na spokojnie. Najbardziej stresuję się historią filozofii, ale zamiast się tym zająć zabrałam się za lektury z historii sztuki. Bo to zawsze przyjemniejsze. A skoro o przyjemnościach mowa…

Ten rok szykuje się ciekawie pod względem wyjazdów. Już za parę dni wyjeżdżamy z Boro na Ukrainę na przedłużoną majówkę. W czerwcu zamiast modlić się o dobre wyniki sesyjne będę byczyć się w Trójmieście u Rudej. W lipcu, dla odmiany, będziemy byczyć się z Boro na Helu. W sierpniu spędzimy tydzień łażąc po Pradze z Rudą. We wrześniu szykują się dwa tygodnie w Hiszpanii ze znajomymi, jeżdżąc od mieściny do mieściny i ogólnie ciesząc się ostatnimi chwilami lata. W październiku zaś kroi się wypad do Berlina na koncert a-ha. No i wspomnę o Marillion Weekendzie, bo to co prawda dopiero w 2011 roku, ale bilety będą w sprzedaży już niedługo. A jak jeszcze Pure Reason Revolution wreszcie wydadzą tę płytę, o której nagrywaniu w kółko mówią na swoich Twitterach, to już w ogóle będzie rozwałka i mini-trasa po Polsce śladami Chloe Alper i spółki! Ale wracając do teraźniejszości, to maj powinien być miesiącem ciekawym i łatwym do przełknięcia, jeśli jego początek i jednoczesne zakończenie kwietnia jest jakimkolwiek wyznacznikiem. A historia jest taka…

Dnia 30go kwietnia ćwiczę sobie, jak co dzień, i mam włączone Tok FM. Audycja jest o polskiej animacji, i gościem w studiu jest Daniel Szczechura. (Dla niezainteresowanych historią polskiej animacji – zią jest bardzo pro-pro.) Przypomniało mi się, że uczył moich znajomych na Pejocie, więc loguję się na Fejsa i piszę Brodzie, że jest Szczechura w radiu. Broda na to odpisuje z pytaniem, czy będę na Fuksówce. (Dla niewtajemniczonych w ASPowskie zwyczaje – jest to impreza wydziału Grafiki.) Ja obczajam na szybko, okazuje się, że będzie moja koleżanka z roku, niejaka Wika. Kilka sesemesów później jestem ustawiona z Wiką i Brodą. Dalej wszystko toczy się jak co piątek – nie idę na filozofię, żeby zrobić struktury, struktury zaliczam, a intermedia przepierdalam. Z Wiką wychodzimy z wydziału o 20tej i zmierzamy do niej do mieszkania. Oryginalnie plan był taki, że czekamy na jej znajomych i koło 22giej wychodzimy. Kilka znajomych i butelek trunków później było już po 23ciej, a my dopiero wychodziliśmy. Great success. Trudno opisać epickość podróży przez Warszawę z Żoliborza na Powiśle metrem i tramwajem z tymi ludźmi, tym bardziej, że zupełnie przypadkiem spotkaliśmy inną koleżankę z wydziału, która nie wiedząc dokąd idziemy wyskoczyła niemalże w biegu z metra, żeby za nami pójść. Do 1500m2 ostatecznie się nie wbiliśmy, bo tłum był przedziki, ale do naszej ekipy zgarnęliśmy Brodę, Anetę i Olgę i po pewnych komplikacjach natury logistycznej dotarliśmy nad Wisłę. Wieczór był fenomenalnie ciepły, więc siedzieliśmy w krótkich rękawkach na bulwarze przy barkach, patrząc jak romantycznie odbijają się w Wiśle światła budowy Stadionu Narodowego przy akompaniamencie huku pociągów przetaczających się nocno-leniwie po moście średnicowym. Był to jeden z tych momentów, który będzie dla mnie definiował to miejsce, i ten czas.

And now for something completely different.


  • RSS